Strona główna| O Nas| Skład ekipy| Nasze starty| Forum| Galeria| Artykuły| Kontakt
Eska BikeMaraton Zdzieszowice Udostępnij
Zdzieszowice - orkiestra, konie i traktor :)
Wybierając się do Zdzieszowic na maraton Pana Grabka nie pomyślałbym że tyle cudacznych sytuacji może przytrafić się w ciągu jednego dnia. Ba! W ciągu nie całych dwóch godzin!
Zacznijmy więc od początku. Piątek był dniem raczej obfitującym w ulewy, więc nauczony doświadczeniem założyłem odpowiednio wcześnie dobre ogumienie, które mogło bym mi pomóc na maratonie. W sobote jednak słońce dopisało ale straszny wiatr, który miejscami dochodził nawet do 50km na godzine, niesamowicie utrudniał walke.
Początek standardowy jak na maraton Fuji. Ustawianie w sektorach , krótkie przepychanki słowne i nie tylko. Wnoszenie rowerów przez barierki. Koniec końców stoimy wszyscy na swoich miejscach i gra muzyka :) Dosłownie. Swój koncert rozpoczęła orkiestra przyzakładowa Zakładu Koksownieczego w Zdzieszowicach. Gra tak samo jak się nazywa. Trochę śmiechów no i trzeba ruszać.

Do pokonania 57 kilometrów w raczej szybkim tempie. Pierwszy podjazd pod górę Św. Anny jest nie trudny ale nie uchroniło to od kilku nieciekawych kolizji w peletonie. Na całe szczęście nikt z naszych nie ucierpiał. Nerwowe wspinanie dało mi się we znaki. Mimo to nie odpuszczam, trzymam się kurczowo pierwszej grupki do samego końca górki. Zjeżdżamy z asfaltu i rozpoczyna się masakra bita kamieniami i błotem. Brei nie wybierają nawet moje opony. Zjazd do amfiteatru i już gościu z bikestacji pakuje mnie łokciem w krzaki. Było to zamierzone więc tym bardziej wyprowadza mnie z równowagi. Opanowuje sytuacje i doganiam na krótkim podjeździe obok amfiteatru mistrza szosy, który pomógł upiększyć mój rower w kwiatki i paprotki. Nie napisze co mu powiedziałem ale było to dość dosadne i znaczące. Rozpoczyna się zjazd. Puszczam go przodem, błoto sypie się na lewo i prawo, ku mojemu zdziwieniu gościu w połowie drogi robi fiku miku i wywraca się pod moimi kołami. Nauczony doświadczeniem z zimowej jazdy po lodzie wciskam tylni hamulec, wypinam lewy but i niczym żużlowiec staram się ominąć napotkaną sytuacje. Omijam na tyle, że ląduje znowu w krzakach i znowu musze powiedzieć kilka miłych słów koledze, z którym już się chyba nie polubię.


Zbieram się i śmigam dalej w dół. Całe szczęście że zdążyło mnie wyprzedzić tylko kilku zawodników. Reszta zapewne leży i tapla się tam w błocie. Koniec single tracka z błotem i jadę szybkim zjazdem po kamieniach. Po prawej stronie jedzie dwóch jeźdźców na koniach i prowadzą źrebaczka. Gdy dojeżdżamy do nich drugi koń zrzuca swojego jeźdźca stając dęba. Przestraszył się rozpędzonych kolarzy, ale chyba nie tak jak my jego. Widziałem jego kopyta około pół metra od głowy. Niezapomniane chwile. Na całe szczęście nie upadł na mnie. Dojeżdżamy do końca zjazdu i rozpoczyna się najdłuższy podjazd. Tu w miare ustabilizowana stawka wpada na jadący prosto na nią traktor. Nie ma gdzie ominąć więc śmiechu co nie miara bo wszyscy praktycznie schodzą z rowerów i mijają lasem..Jedziemy dalej. Jestem niedaleko za grupką, którą prowadzi Adrian Brzózka.W między czasie źrebaczek, który uciekł wypada z lasu jakieś 20 metrów przede mną i ciśnie ostro pod górę. Wystraszył się jak diabli. Słyszę z tyłu krótki komentarz – „na koło mu”. Udaje mi się tylko odpowiedzieć „gdybym miał takie serce jak on to bym poszedł”. Źrebię pobiegło gonić czołówkę do, której udaje mi się dojść dopiero pod koniec męcząco długiego podjazdu. Trochę polnej ścieżynki i wskakujemy w drugi z kolei singielek w lesie. Błota jeszcze więcej niż na poprzednim. Przede mną Radek Tecław tańczy jak mu gleba zagra. Musze hamować. Czołówka odjeżdża powoli. Wyprzedzam Tecka pytając się czy nie złapał gumy. Mówi, że opony nie te co trzeba. No tak, jak większość, pojechał na semi slikach.


Ruszam do odrabania strat. Ciężko i mozolnie gramole się pod ostatni pagórek są jakieś 100 metrów przede mną. Cisne ostro na trawiastym zjeździe i wpadam jak torpeda na asfalt.50metrów.Cisne.Zbliżam się powoli. Cisne i nagle dostaje podmuchem wiatru w twarz i już jestem 100 metrów albo i więcej za nimi. Oglądam się za siebie dochodzi mnie pociąg z Pawłem Urbańczykiem na czele. Jest nas 5 więc staramy się gonić grupkę przed nami. Nie dajemy rady mimo mocnych i częstych zmian. Wjeżdżamy w lasy gdzie prowadzi szutrowa droga. Rozpoczyna się podjazd. Najpierw ucieka Marcin Piecuch potem na zjeździe goni Paweł Urbańczyk. Udaje mi się złapać jego koła.Za mną jedzie Kuba Danielski i młody Emanuel Piaskowy z kat M1.Przejeżdżamy tak parę kilometrów i Paweł Daje takie tempo, że nie nadążamy. Uciekł ale mam go cały czas w zasięgu wzroku. Leśny zjazd w błocie i krótki podjazd. Obracam się za siebie i nie ma już nikogo. Gonie Pawła z całych sił. Wiem, że Kuba jedzie mege więc staram się uciec. Ucieczka się powiodła. Pościg do Pwała niestety nie. Wjeżdżamy znowu w te same rejony gdzie na początku maratonu wpadłem w krzaki. Mijam amfiteatr. Zjazdy idą szybko. Jednak jak ma się pusto przed sobą to jedzie się jak po maśle. Dokładnie tak się czułem na tych zjazdach. Jak po maśle. Długi podjazd, który zmęczył mnie poprzednio wale na 100%.Praktycznie końcówkę ze stojaka. Oglądam się na końcu górki i Kuba jest jakieś 30-40 sekund za mną. Wpadam na drugi singielek. Mijam pare osób z mini i po kozacku ładuje glebe w połowie lecąc przez kierownice w połowie prze sam nie wiem co. Rozwaliłem kask. Wyskoczyła jakaś genialna linka z genialnego systemu, który genialnie zamortyzował mi głowę i genialnie się roztrzaskał. Kuba mnie oczywiście dochodzi. Zjerzony moją kozacką postawą zjazdową wypominam sobie to do samego rozjazdu. Tam czeka na nas motor. Wiem już, że walka rozegra się między nami dwoma. Nie ma nikogo więcej więc rozpoczyna się czarowanie. Nie był bym w stanie na finiszu wygrać z tym wielkim chłopem więc wpadam na śmiała myśl. Ucieczka. Wcisnąłem jakiś czerwony guzik jak w BMW, bo na kawałku trawiastego przejazdu z dużymi pofałdowaniami udało mi się zerwać tego byka z koła. Wpadamy na pola, a wiejący niemiłosiernie wiatr spowolnił mnie chyba do 30km/h. Na całe szczęście na krótko łapie się koła motoru, który przypadkiem zwolnił na zakręcie. Pomaga mi to na tyle, że odskoczyłem na jakieś dodatkowe 10 sekund. Dojeżdżamy do płaskiego singla po lesie i już kontroluje tylko żeby się nie wywalić. Dociskam na mecie ile pary w nogach i jest. „Viktoria” wita mnie brawami. Pierwszy raz w moim życiu. Kolejne niezapomniane uczucie po orkiestrze, koniach i traktorze. Czas 1:42:34.
Biorę wodę , banany , pomarańcze i czekam.
Najpierw wpada Tomek. Całkiem zdrowo rozpędzony ale noga jeszcze nie ta. 103 Open i 15 M1 .Czas – 2:04:57.
Piotrek w sumie nie długo za nim 129 Open i 64 M2. Czas 2:07:58.

Zbieramy reszte ekipy, która wyruszyła razem z nami z Wrocławia i po dekoracji i tomboli śmigamy do domów.

autor:LosMisiakos
Komentarze
rfggf dnia 25 maj 2009 22:09:17
toż to dopiero jest relacja smiley ale się uśmiałamsmiley
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.
Oceny
Dodawanie ocen dostępne tylko dla zalogowanych Użytkowników.

Proszę się zalogować lub zarejestrować, żeby móc dodawać oceny.

Brak ocen.
22.10 - Dębówiec - Rajd
     REGULAMIN
     ZAPISY
   Najnowsze wątki na Forum
   Brak nowych Postów Gogol - Łopuchowo - 25/09/2016
   Brak nowych Postów Gogol - Stęszew 28 sierpnia 2016
   Brak nowych Postów Gogol - Czerwonak 21.08.2016
   Brak nowych Postów Gogol - Suchy Las 7.08
   Brak nowych Postów Gogol - Binguga 10.07
   Wspierają nas:
SPONSORZY


PATRONI MEDIALNI


PARTNERZY
>