Strona główna| O Nas| Skład ekipy| Nasze starty| Forum| Galeria| Artykuły| Kontakt
Podsumowanie sezonu, część III Udostępnij
Nasze starty 201216 czerwca
Są starty, które planuje się od początku sezonu. Są też takie, których nie planuje się wcale. Taki był nasz wyjazd do Górzna na zawody Leszczyńskie Ligi Rowerowej. Na start namówił mnie klubowy kolega Tomek Wachowiak. Z założenia wyścig w tzw. krzakach. Mówię z założenia, bo na starcie, mimo stosunkowo niewielkiej (jak na maraton) liczby uczestników, pojawiają się m.in. Mateusz Mróz czy Paweł Bober. „Miało nikogo nie być” - niemal z wyrzutem mówię do Tomka.
Wybraliśmy rywalizację na najdłuższym dystansie, ale startujemy razem z MINI, więc i tak jest zamieszanie. Na początku nie mogę się odnaleźć i chwilę trwa, zanim przedzieram się do „czuba”.



Podjazd i trochę głębokiego piachu wyjaśniają sprawę – zostaje może kilkunastoosobowa grupa, która z czasem jeszcze bardziej topnieje. Często biorę na siebie ciężar prowadzenia, chociaż zdaję sobie sprawę, że za plecami mam teoretycznie dużo silniejszych rywali. Pierwszy poważny atak następuje na długim, sztywnym podjeździe.



Tego dnia jest bardzo gorąco ale starając się nie stracić kontaktu z czołówką, czuję jak oblewa mnie zimny pot. Dostaję dreszczy i muszę odpuścić. Kiedy objawy „zagotowania” ustępują, puszczam się w pogoń. W pewnym sensie ku mojemu zaskoczeniu, udaje się. Ale na krótko. Liderzy podkręcają tempo i jest to ostatni raz kiedy widzę ich na trasie tego wyścigu. Za mną jedzie Tomek. Zwalniam na moment, żeby doszedł. Jedziemy razem, współpracujemy. Jednak Tomka dopada kryzys.



Na długiej prostej widzę, że zaczyna nas doganiać jakaś grupka. Decyduję się podkręcić tempo i samotnie pokonać ostatnie kilometry. Kończę tuż poza podium.

23 czerwca
Do dzisiaj pamiętam mój pierwszy start w Kobylnicy (zamierzchłe czasy:). Dostałem wtedy dubla (na 8 km pętli !!!) i byłem świadkiem makabrycznie wyglądającego wypadku. Nie zraziło mnie to jednak i od kliku lat uczestniczę w ściganiu na tej trasie. Taktyka – przejechać w peletonie, ewentualnie poszukać szansy pod koniec, bo następnego dnia ważny dla mnie start w Wyrzysku. Ruszamy.



Staram się trzymać z przodu. Nie jest to łatwe, bo co chwila ktoś atakuje i tworzą się pociągi, raz po prawej, raz po lewej stronie. Tempo mocno szarpane. Szybko ucieka trójka zawodników. W zasadniczej grupie nie ma chętnych do zorganizowanej pogoni. Za to są kolejne ataki. Nawet nieco asekuracyjna jazda kosztuje dużo, bo wciąż trzeba „spawać”. Finisz praktycznie po płaskim.



Idziemy ławą. Walka staje się bardzo zacięta. Ktoś prawie spycha mnie na trawiaste pobocze. Odpuszczam. Jak na przetarcie przed jutrzejszym wyścigiem, to było aż za dobrze.

24 czerwca
Do Wyrzyska jadę z nastawieniem na walkę o odzyskanie pozycji lidera w mojej kategorii na krótkim dystansie. Rower jak zwykle nie do końca przygotowany, ale za to samopoczucie dobre.
Trochę za daleko ustawiam się na starcie i muszę znowu gonić. A jest kogo, bo na czele tempo nadają Sebastian i Sylwester Swat. Początek prowadzi szerokim asfaltem pod górę. Podjazd jest stosunkowo długi i już tutaj następuje mocna selekcja. „Noga podaje” więc nie mam problemu z przeskoczeniem na początek grupy.



Krótki zjazd i kolejny podjazd. Już tylko nieliczni utrzymują tempo. Znów dość szybki zjazd, ostry zakręt i ostatni odcinek asfaltu – kolejny, sztywny podjazd. Jadę na 3 pozycji, ale wjeżdżamy w las i „Swaty” zaczynają mi odjeżdżać. Nie staram się trzymać ich tempa bo wiem jak to może się skończyć. Tracę jeszcze dwie pozycje, ale za mną widzę tylko Wojtka Czeterboka. Trasa wiedzie cały czas pod górę, malowniczym leśnym traktem. Po kilku kilometrach wyjeżdżamy na bardziej otwartą przestrzeń. Różnice zarówno do rywali znajdujących się z przodu jak i z tyłu są już spore.
Trzymamy równe, mocne tempo. Motywacja jest duża, bo walczę nie tylko o miejsce, ale też o czas do generalki. Praktycznie do końca jedziemy razem. Przekraczam linię mety i czekam na przyjazd klubowych kolegów i... mojego głównego rywala w walce o zwycięstwo w cyklu. Jest dobrze. Jednak dopiero Radek Jaskulski uświadamia mi, że wygrałem swoją kategorię wiekową. On zresztą też. Dwa zwycięstwa dla klubu w jeden dzień. Nieźle :D

30 czerwca
Nic tak nie motywuje do startu jak... poprzedni dobry start. Do tego jeszcze wyścig, który teoretycznie nie powinien mi „leżeć”, a jednak mi pasuje, czyli Kleszczewo. Płasko jak po stole, plus dwa przejazdy wiaduktami nad autostradą. Obsada wyścigu niezbyt liczna, czyli od początku trzeba uważać.



Praktycznie od razu idą ataki. Nie ma na co czekać. Dojeżdżam do kilkuosobowej ucieczki. Zaraz za mną dochodzą też koledzy z ekipy TVG: Filip Naskręt i Robert Żmudzin. Poprawiają. Widzę szansę i też daję mocną zmianę. Udaje nam się oderwać. Nie ma wiatru więc można jechać w miarę równo. Szybko umawiamy się na współpracę, bez czarowania – liczniejsza grupa wciąż jest blisko.
Jedziemy po krótkich zmianach, cały czas w okolicach 43-45 km/h. Filip jest najmocniejszy z naszej trójki, ciągle podkręca tempo. Robert ma problemy (skutek niedawnego urazu, po którym nie doszedł jeszcze do siebie), czasem opuszcza zmianę, ale widać, że daje z siebie maksa.
W drugiej części dystansu nasze tempo nieznacznie spada. Jednak pogoni już nie widać. Musimy mieć dobrą minutę, może półtorej, przewagi. Jest gorąco, tracę dużo wody. Czekam na pojawienie się pierwszych skurczy. Do mety już blisko. Wygra ktoś z naszej trójki. Filip decyduje się na odjazd. Zachował najwięcej sił, poza tym jest praktycznie specjalistą od ucieczek. Nie mam problemu z odskoczeniem Robertowi. I tak cud, że w takim stanie dał radę. Po 60-kilometrowej ucieczce ze średnią ponad 42 km/h jestem drugi na kresce.



P.S. Zdjęcie z ubiegłego roku bo z „pewnych względów” nie mogłem tu mieć przedniego karbona DURA-ACE (wyjaśnienie dla tych bardziej dociekliwych).

1 lipca
Skwar, upał i żar lejący się z nieba. Zamiast odpoczywać po ubiegłodniowym ciężkim wyścigu, wybrałem się, za namową kolegi Radka Jaskulskiego, na XC do Mosiny. Jak to na XC przystało - „lufa” od startu, a ja zaczynam w myślach powtarzać: „po co, po co?”.



Pod koniec pierwszej rundy zaczyna mnie powoli „odtykać”. Odnajduję rytm i przeskakuję kilka pozycji do przodu. Mam jednak problemy z koncentracją i popełniam mnóstwo błędów. Jeden z nich kończy się lotem przez kierownicę, na szczęście w głęboki piach.



Ostatnie rundy. Czuję, że nie zdołałem się zbytnio zregenerować po wczorajszym. Wreszcie koniec. Wynik taki sobie ale nawet najgorszy wyścig jest podobno lepszy od najlepszego treningu.

8 lipca
Błękitna Pętla czyli szosowy wyścig u siebie. No może nie do końca, bo ze względów
logistycznych omijamy Gniezno. W tym roku powrót do pierwotnej rundy, jednak start i meta przesunięte do Strzyżewa Kościelnego. Sam wyścig nie jest zaliczany do żadnego cyklu, ale posiada atut w postaci niezwykle urozmaiconej trasy. Meta na szczycie krótkiego, ale za to sztywnego podjazdu. Niebawem po starcie samotnie ucieka Filip Naskręt. Chcę ruszyć za nim, ale wydaje mi się, że jeszcze za wcześnie. W grupie nikt początkowo nie reaguje i lider dość szybko powiększa swoją przewagę.



Wjeżdżamy na drugą rundę. Nie ma na co czekać. Staram się zorganizować jakąś pogoń. Są chętni, ale teraz wszyscy się pilnują. Szarpię kilka razy - bez efektu. Muszę na chwilę odpuścić. Teraz jednak idą kolejne ataki, już beze mnie. Nic nie układa się po mojej myśli. Trasa jest jednak wymagająca i uciekinierzy opadają z sił. Zasadnicza grupa zaczyna odrabiać. Na ostatniej rundzie przed nami jest już tylko Filip. Wykorzystuję najdłuższy podjazd by znów skoczyć. Nie pamiętam, który to już dzisiaj raz :) Tym razem skutecznie. Za mną odrywa się jeszcze czwórka. Dojeżdżają i mijają mnie. Wskakuję na koło ostatniego ale czuję, że zaraz nie wytrzymam tempa. Błyskawicznie oddalamy się od reszty. Zmiana, zmiana, zmiana... Ktoś mnie popędza, jednak po tylu próbach ucieczki nogi mam jak z waty. Nie ma szans na dogonienie lidera, nas też już nikt nie dogoni. Zbliżamy się do mety. Jadę z przodu ale nie jestem w stanie zareagować na atak. Mimo to rzucam się do sprintu pod górę.



Nogi gwałtownie protestują. Całkowite „odcięcie” dosłownie na ostatnich metrach.
Z jednej strony trochę żal, bo zabrakło kilku kilometrów by dogonić Filipa, z drugiej strony wiem, że zrobiłem wszystko co mogłem. Zaważył błąd taktyczny na początku wyścigu. Miejsce niezłe, dodatkowo podium w kategorii.

15 lipca
Warto wystartować w TDP Amatorów, ponieważ można:
– zobaczyć najpiękniejsze polskie góry,
– przekazać pieniądze na szczytny cel,
– być dopingowanym przez licznie zgromadzonych kibiców,
– przejechać doskonale zabezpieczoną, wymagająca i malowniczą trasą,
– na której tego samego dnia będą rywalizować największe światowe sławy kolarstwa.
Impreza ta ma też wady, a właściwie wadę - duża liczba uczestników o bardzo różnym poziomie sportowym, co w połączeniu z formułą zawodów praktycznie wyklucza bezpośrednią rywalizację.
Dzień przed wyścigiem wybieram się na trening z Radkiem Lonką, który przyjechał tutaj po drugie z rzędu zwycięstwo. Podczas treningu psuje się pogoda i na kwaterę zajeżdżam całkowicie przemoczony i zziębnięty. Oby podczas wyścigu nie padało, bo będzie masakra na zjazdach.
Dzień wyścigu: przyjeżdżam dość późno (w pewnym sensie już tradycyjnie) i dostaję się dopiero do (chyba) piątego sektora. Niby bez znaczenia, bo liczy się czas netto, ale nie do końca. Start honorowy od Bukowiny Tatrzańskiej w dół do Poronina. Start ostry i praktycznie od razu podjazd pod Ząb. Początkowe kilometry to nieustanne przedzieranie się przez tłum uczestników. Momentami jest tak „gęsto”, że trudno utrzymać własny rytm.



Tuż przed końcem podjazdu „rozjaśnia się”. Na pierwszym zjeździe mocno asekuracyjnie. Wypłaszczenie i doganiam grupkę, która uformowała się z przodu. Przed nami jest jeszcze pewnie kilka takich grup, ale w większości zawodnicy ci wystartowali nieco wcześniej. Jedzie tu kilku niezłych górali, którzy atakują na kolejnych podjazdach. Mniej więcej w połowie dystansu nasza grupa pęka. Próbuję jeszcze przeskoczyć do następnej, którą widzę z przodu, ale znowu są zjazdy, a tam nieco tracę. Teraz przejazd przez „Zakopiankę” i osławiony podjazd w Gliczarowie. Tuż przed najtrudniejszym odcinkiem doganiam Bartka Bejma, który startował w bliższego sektora. Zaczyna się pierwsza „ścianka”.



Bartek strasznie się męczy, chyba ma za twarde przełożenia. Wrzucam co mam najlżejszego, czyli 39/28. Prędkość spada poniżej 10 km/h a tętno błyskawicznie zbliża się do maksymalnego. Powtarzam w myślach, że to tylko kawałek, że podjeżdżałem już tutaj kilkakrotnie. Jednak gdy po każdym naciśnięciu na pedały rower praktycznie zatrzymuje się w miejscu, pokusa by zejść z siodełka jest ogromna. Na chwilę robi się bardziej „płasko” i kolejna ponad 20% ściana.



To praktycznie nie jest jazda, tylko przesuwanie roweru po asfalcie. Te kilkadziesiąt metrów ciągnie się w nieskończoność. Znów się wypłaszcza i mogę korzystać z twardszych przełożeń. Jeszcze tylko jeden mniejszy podjazd i kolej na zjazdy. Przede mną ostatnia trudność – długi podjazd do ronda w Bukowinie Tatrzańskiej. Podobnie jak przed rokiem, dopada mnie tam kryzys. Wiem, że powinienem narzucić mocniejsze tempo na tych ostatnich 2 kilometrach, ale zmęczenie wygrywa z wolą walki.



Dojeżdżam z przyzwoitym jak na mnie czasem ale miejsce poniżej oczekiwań. To znak, że poziom tej imprezy z roku na rok wyraźnie się podnosi. Po wyścigu wracam „na Gliczarów”, aby przyglądać się rywalizacji czołówki światowego peletonu. W perspektywie cały tydzień bez wsiadania na rower.

22 lipca
Wracając w sobotę wieczorem do domu, po tygodniu spędzonym na pieszych wycieczkach po Tatrach, zastanawiałem się czy w ogóle startować w niedzielnym wyścigu w Wągrowcu. Organizm może zareagować różnie na taką zmianę rytmu. Z drugiej strony co może się stać? Najwyżej przewiozę się w peletonie. Przerzucam ciuchy z jednej torby do drugiej i jadę.
Włodarze Wągrowca robią naprawdę dużo, by z roku na rok impreza zyskiwała na prestiżu. Trasa w całości zlokalizowana w mieście, start i meta przy rynku. Służby obstawiające wyścig robią co mogą, ale i tak musimy w niektórych miejscach liczyć się z ryzykiem (minimalnego ale jednak) ruchu ulicznego.



Zaraz po starcie ucieka dwójka. Nie mam zamiaru jechać aktywnie w tej fazie, więc czekam na rozwój sytuacji. Poza tym to zawodnicy z młodszej kategorii. Ale spokoju w peletonie nie ma. Wiele prób ataku, po których tempo gwałtownie rośnie, a następnie mocno spada. To sprzyja uciekającym, którzy budują znaczną przewagę. Czuję się dobrze, więc zaczynam pokazywać się z przodu grupy. Znów ktoś decyduje się na ucieczkę. Dojeżdżam będąc przekonanym, że reszta za chwilę zrobi to samo. Nic takiego jednak się nie dzieje. Kolega z ucieczki zachęca mnie do współpracy. Jakoś nie mam wiary w powodzenie tej akcji, ale daję kilka zmian. W peletonie najwyraźniej nikt nie ma ochoty podyktować mocnego tempa. Za to odrywa się kolejny zawodnik nas dogania. Krótka rozmowa i jest decyzja - uciekamy w trójkę. Dopiero teraz peleton próbuje gonić, ale nie ma tam wystarczającej determinacji. My za to jedziemy równo i mocno. Na ostatniej rundzie opadam z sił. Oszczędzam się na zmianach, żeby nie odpaść. Nawet nie próbuję finiszować. I tak z planów „przejechania” wyścigu wyszła ucieczka i najniższe miejsce na podium. Teraz w końcu mogę odpocząć po urlopie :)

28 lipca
To już moja druga w tym roku wizyta w Brodnicy. Tym razem wyścig ze startu wspólnego. Na pętli jeden dość długi podjazd, szkoda tylko, że już za metą. Mimo że startujemy późnym popołudniem, temperatura oscyluje w okolicach 35 stopni. Samo wyciąganie roweru z bagażnika powoduje, że jestem zlany potem. Z drugiej strony chyba lepiej tak niż w ulewie. Tym razem założenie inne niż w poprzednim tygodniu- nastawiam się na walkę. Tak na marginesie, rzadko trzymam się założeń, ale pracuję nad tym :)



Mimo upału jedzie mi się dobrze. Na podjeździe idzie nadspodziewanie lekko, swobodnie przechodzę na czoło i zmuszam grupę do podkręcania tempa. Gdy pojawia się okazja do ucieczki, zabieram się. Niemal od razu widzę, że nic z tego nie będzie. Jeden ogląda się na drugiego, inny zamiast dać zmianę – ucieka; ktoś tam krzyczy żeby jechać, ale sam wychodzi może na kilka sekund i zaraz chowa się z tyłu. Reszta peletonu kasuje nas. Idą kolejne odjazdy, kiedy łapię oddech z tyłu grupy. Czuję, że szansa na dobry wynik oddala się. Znów ten długi podjazd. Nie ma na co czekać. Atakuję i odjeżdżam. Po chwili dochodzi do mnie dwójka. Dajemy krótkie zmiany i doganiamy czołową grupę. Większość z uciekinierów jest już ujechana i nie wytrzymuje naszego tempa. Odrywamy się małą grupką. Jest nas sześciu, potem pięciu, w końcu zostaje czterech. Nie wszyscy pracują solidnie, ale łudzę się, że to brak sił a nie cwaniactwo. Do końca wyścigu jeszcze sporo kilometrów. Nasze tempo jest na tyle dobre, że stopniowo zyskujemy bezpieczną przewagę.



Finisz jest praktycznie po płaskim, więc nie mogę czekać do końca. Ruszam na przedostatniej prostej. Oglądam się. Kolega, który dawał najsłabsze zmiany jednak kalkulował, bo wytrzymał mój atak i siedzi mi na kole. Trudno. Na ostatnim zakręcie wychodzi mi zza pleców. Próbuję przez chwilę gonić ale nie jestem w stanie się zbliżyć. Wyprzedza mnie jeszcze drugi ze współtowarzyszy ucieczki.



Jestem trzeci open na kresce, drugie miejsce w kategorii. Trochę szkoda, bo do zwycięstwa zabrakło bardzo niewiele.

4 sierpnia
Który to już raz w tym roku przejeżdżam przez Łódź? Tym razem Tuszyn i Super Puchar Polski Masters. Wracając myślami do tego wyścigu, stwierdzam, że niewiele zapamiętałem.



Poza kilkoma hopkami, trasa płaska. Pomimo sporego dystansu do przejechania, tempo mocne od samego początku. Nawet jazda w peletonie kosztuje mnie sporo sił. To zdecydowanie nie jest mój dzień. Na koniec próba długiego finiszu, który szybko wysysa siły z nóg. Na kilkadziesiąt metrów przed kreską nie mam już z czego zakręcić. Przejeżdżam metę gdzieś w środku stawki. Zastanawiam się czego zabrakło bardziej: sił czy determinacji? Trzeba szybko wyciągnąć wnioski, bo kolejny ważny start już w przyszłym tygodniu.

Koniec cz.3

tekst:Dawid Marosz
Komentarze
Brak komentarzy.
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.
Oceny
Dodawanie ocen dostępne tylko dla zalogowanych Użytkowników.

Proszę się zalogować lub zarejestrować, żeby móc dodawać oceny.

Brak ocen.
22.10 - Dębówiec - Rajd
     REGULAMIN
     ZAPISY
   Najnowsze wątki na Forum
   Brak nowych Postów Gogol - Łopuchowo - 25/09/2016
   Brak nowych Postów Gogol - Stęszew 28 sierpnia 2016
   Brak nowych Postów Gogol - Czerwonak 21.08.2016
   Brak nowych Postów Gogol - Suchy Las 7.08
   Brak nowych Postów Gogol - Binguga 10.07
   Wspierają nas:
SPONSORZY


PATRONI MEDIALNI


PARTNERZY
>