Spindleruv Mlyn DH
Dodane przez thomson dnia 19 lipiec 2008 00:00:43
Po rozgrzewce w Myślenicach przyszedł czas na większą górę, dłuższą i trudniejszą trasę - Spindleruv Mlyn za naszą południową granicą. Plan jak zwykle był ambitny i chętnych było wielu - Mały, Skrzat, Hubson i ja. Z przyczyn "logistycznych" oddzieliłem się od ekipy i do Spindla pojechałem już w piątek rano z kolesiami z Poznania. Jak się później okazało był to strzał w 10 bo gnieźnieńska ekipa wcale nie wyruszyła. Podobno przestraszyli się prognozy pogody... no comments.
W piątek w Spindlu pogoda była przepiękna, później było troche gorzej, ale nie tak żeby zniechęcało nas do jazdy.


W Czechach nie tylko pogoda zachęca - zaczynając od świetnie przygotowanej i otaśmowanej trasy, wyciągu przystosowanego do rowerów, niewygórowanych cen przez darmową toalete czy wąż z wodą, aż do uśmiechniętej kierowniczki pensjonatu wskazującej nam specjalne, zamykane pomieszczenie na rowery. Niby proste, przyziemne sprawy, ale niestety w Polsce praktycznie niespotykane...szkoda. Wszystko to sprawia, że chce się tam przyjeżdżać. Codziennie na trasie było ok. 20-30 bikerów z czego przynajmniej 90% to Polacy. Trudno się dziwić skoro np. w Szczyrku deski z gwoździami czy stalowe linki rozwieszone na wysokości głowy to już normalka....ehhh Polska...


Wracając do trasy - chociaż od trzech lat jej przebieg praktycznie się nie zmienił to nadal potrafi przysporzyć wiele trudności i dać mnóstwo frajdy. Około 3,5 km baaardzo kamienistej trasy jest dla mnie nadal sporym wyzwaniem kondycyjnym, więc i tym razem konieczne były przystanki podczas zjazdu. Cieszy mnie jednak fakt, że dwie trudne sekcje z korzeniami, które w zeszłym roku często omijałem, tym razem nie sprawiały mi już takich trudności.


W sobotę wybraliśmy się na spacer nad zaporę, która znajduje się w rzeczywistości dużo dalej od centrum niż nam się wydawało. Pięknie utrzymana robi wrażenie, chociaż widziałem większe ;P
Popołudnie to już ostra jazda w towarzystwie lekkiej mżawki, która sprawiała, że kamienie i korzenie stawały się jeszcze bardziej niebezpieczne. Miałem okazje przekonać się o tym na własnej skórze. Na szczęście kask i zbroja zdały egzamin i większych obrażeń nie było. Na ostatni zjazd tego dnia wybraliśmy zupełnie nową dla nas trasę, którą miejscowi nazywali "widokową" i która miała szutrową drogą prowadzić cały czas w dół. Albo Czesi mają jakieś inne pojęcie drogi w dół, albo to my gdzieś zabłądziliśmy bo zamiast przyjemnego zjazdu na koniec dnia zafundowaliśmy sobie 1,5 h pchania rowerów i zjazd jakimś durnym asfaltem..grrrr.


W niedziele padało troche mocniej, ale czując już nieuchronny powrót do rzeczywistości, postanowiliśmy nie odpuszczać i kolejny raz zakupić całodzienne karnety na wyciąg. W sumie, o ile dobrze pamiętam, zjechaliśmy po 17 razy. Większych strat w ludziach nie było, w sprzęcie opórcz dętek i haka przerzutki też nie. Cały wypad ogólnie bardzo udany. Kto nie był niech żałuje. Spindel nadal pozostaje moją ulubioną miejscówką i na pewno jeszcze tam zawitam !
Więcej fotek na www.thomson.xt.pl (tych z jazdy jak zwykle niewiele).