Drogą Św. Jakuba
Dodane przez thomson dnia 17 maj 2009 21:08:23
A więc w drogę !
Rower przygotowany, plecak spakowany, żona się zgadza !
Wracam na Szlak św. Jakuba !

  Jesienią zeszłego roku przejechałem z Gniezna do Jakubowa w trzech etapach 256 km. Teraz zamierzam dotrzeć z Leszna przez Jakubów, Grobowiec, Chocianów, Bolesławiec, Lubań do Zgorzelca/ Goerlitz, gdzie polska część pielgrzymiej Drogi św. Jakuba do Santiago de Compostela łączy się z saksońską „Via Regia” w kierunku Drezna i Zittauer Jakobsweg do Pragi.

  W niedzielę 10 maja 2009 roku wysiadam z pociągu w Lesznie. Jest kilka minut po 4-tej rano – szary świt, zimno. Przydałby się łyk gorącej kawy. Nic z tego. Bar na dworcu zamknięty, a i w centrum Leszna też nie ma żadnej szansy. Ruszam w drogę. Po pięciu kilometrach jazdy w większości nową, wspaniałą ścieżką rowerową jestem w Święciechowej, gdzie XV-wieczny kościół parafialny pw. Św. Jakuba przypomina o celu peregrynacji. Dalej droga wiedzie przez pola w kierunku wsi Trzebiny i położonego za nią lasu. Tutaj niespodziewana, nagła, ale na szczęście krótka ulewa. Jadę dalej, bo i tak nie ma gdzie się schronić przed deszczem. Przede mną Niechłód – ale poranek nadal zimny. Ciekawe, jaka pogoda będzie później? Drogi zupełnie puste. Mijane wioski jeszcze w głębokim śnie. Pierwszych ludzi spotykam na przystanku autobusowym w Osowej Sieni. Licznik pokazuje 23 kilometry-Wschowa. Cisza, spokój – nieliczni przechodnie spieszą na pierwszą mszę. Gdzieby tu napić się kawy? W powiatowym mieście w niedzielę około 6-tej rano niestety nie ma takiej możliwości. Nie wchodzę do kościołów, nie oglądam zabytków, choć Wschowa ma czym się pochwalić- ale ja byłem tu już przecież jesienią. Dzięki temu wiem też jak wyjechać z miasta. Tutaj – tak jak prawie wszędzie na Wielkopolskiej i Dolnośląskiej Drodze św. Jakuba oznakowanie jest dobre i czytelne na szlaku i w wioskach - w miastach natomiast fatalne. Znaków nie ma wcale, albo są niszczone przez „nieznanych sprawców.” Nic to! Dobra mapa, przewodnik – no i w końcu zawsze można zapytać o drogę. Ludzie chętnie rozmawiają, pytają, dziwią się. Spotykam się z wyjątkową sympatią i pozytywną reakcją. Pielgrzymi znak – biała muszla z czerwonym krzyżem – budzi ciekawość i otwiera serca.



  Na horyzoncie widać masywną wieżę kościoła św. Jakuba w Konradowie. Kilometrów przybywa, ale pogoda znów płata figla. Deszcz – na szczęście zgodny z prognozą – przelotny.
Mokry asfalt wiedzie do Zamysłowa. Mała wieś, a w niej perła architektury – kościół pw. Św. Marii Magdaleny – budowany w 1752 r. według projektu Pompeo Ferrariego. Niegdyś służył siostrom zakonnym i tutejszej parafii. Spalony w 1945, odbudowany w 1992 roku. Podziwiam proporcje i wkomponowanie w krajobraz. Oby współcześnie tacy mistrzowie projektowali i budowali niektóre nasze nowe kościoły.
  Po kilku kilometrach jestem nad brzegiem Odry w Wilkowie. Stąd widać już Głogów. Wieże kościołów i wysoki komin huty miedzi. Przez Odrę przejeżdżam mostem o potężnej, kratownicowej konstrukcji pomalowanej na zaskakujący, wrzosowy kolor. Zaskakuje również nazwa – Most Tolerancji. Miasto kusi, by zatrzymać się tu nieco dłużej, tym bardziej, że przy Ratuszu natrafiam na przygotowania do startu kolejnego etapu wyścigu kolarskiego Szlakiem Miast Dolnośląskich. Jadę jednak dalej, bo Głogów już poznałem, a w południe muszę być w Jakubowie. Ponownie błądzę (gdzie te znaki?), za to pogoda wyraźnie się poprawia.



Mijam Brzostów, Kurowice, Jagoszów, skąd mocno pod górę i jestem w Jakubowie.
Położony 10 km na południe od Głogowa i prawie dokładnie w połowie odległości z Gniezna do Zgorzelca jest głównym Sanktuarium św. Jakuba w Polsce. Tutaj spotykam się z Kustoszem, Ks. Kan. Stanisławem Czerwińskim, który wita pielgrzyma z Gniezna z wielką radością, o czym wielokrotnie wspomina w czasie Mszy św. Jestem zaskoczony powitaniem i uwagą, jaką poświęcają mi licznie tu dziś zgromadzeni członkowie Bractwa św. Jakuba,Pielgrzymi i parafianie. Rozmowom nie ma końca, ale trzeba jechać dalej.
  Jestem umówiony na nocleg w Grodowcu, a to jeszcze 20 km przez lasy. Droga przepiękna, dobrze oznakowana i szybka. Przeważają dość strome zjazdy na szutrowym i żwirowym podłożu. Przydaje się doświadczenie z wyjazdów w Sudety. Na ostatnim, już asfaltowym odcinku stromego podjazdu w Grodowcu spotykam oznakowanie dla kolarzy. Tutaj mieli lotną premię. Jest godzina 6 – witam się z ks. Waldemarem – kustoszem Sanktuarium Matki Bożej Jutrzenki Nadziei. Czeka na mnie wygodny pokój, prysznic, obfita kolacja i czas na odpoczynek, modlitwę i zwiedzanie zabytkowego, niezwykle ciekawego kościoła – znanego pielgrzymom ze Śląska i zachodniej Wielkopolski od setek lat – a dziś pięknie odrestaurowanego i utrzymanego dzięki górnikom z KGHM „Polska Miedź”. Od Jakubowa poprzez Grobowiec, Polkowice,Sobin, aż po Chocianów o ich obecności i znaczeniu przypomina widok wież szybów kopalnianych i instalacji przemysłowych. Ostatnio zbudowany w pobliżu Jakubowa najgłębszy szyb nazwano „Św. Jakub”, co jest pięknym nawiązaniem do tradycji tego miejsca.



  Rano budzę się rześki i wypoczęty. Wcale nie czuję tych 101,5 km, które przejechałem wczoraj. Na dziś planuję podobną odległość do Lubania Śl., ale wszystko zależy od pogody.
Po śniadaniu i długiej, serdecznej rozmowie z ks. Waldemarem ruszam w drogę. Chłodno, ale słonecznie. Niestety – tylko przez kilka kilometrów. Nadciągają ciężkie, ciemne chmury. Staram się przejechać jak najdalej póki nie pada. Mijam Polkowice, Sobin, Nową Wieś i przez piękne lasy wjeżdżam do Chocianowa. Małe miasteczko o niezwykłym uroku. Pięknie odnowione domy przy rynku, który nosi nazwę Placu Wolności, dobre nawierzchnie ulic, porządek, spokój. Ciekawa historia, cenne zabytki, mili ludzie. Dobrze jest znaleźć się w takim miejscu.



Dalsza droga poprzez rozległe Bory Dolnośląskie. Docieram do Nowej Kuźni i …. Zaczyna padać. Chronię się pod daszkiem przystanku autobusowego, jem „małe co nieco” i czekam, ale deszcz pada coraz mocniej. Trzeba będzie skorygować plan. Po trzech godzinach ulewa się kończy, ale mimo deszczu jadę dalej. Jestem odpowiednio ubrany, jednak droga przez las robi się coraz bardziej grząska. Z góry deszcz i mokre gałęzie, z dołu na przemian kałuże, albo wysoka i mokra trawa. Na dodatek trafiam w miejsce, gdzie trwa wyrąb. Droga całkowicie rozjeżdżona przez ciężki sprzęt. Zmienione oznakowanie – być może przez drwali dla zachowania bezpieczeństwa – wyraźnie nie zgadza się z mapą. Koszmar. Trochę błądzę – ale ratuje mnie A4. Kieruję się na odgłos ruchu samochodów i po chwili jestem na autostradzie. Kilkaset metrów na zachód widzę wiadukt, do którego drogę zgubiłem w lesie. Jadę poboczem i po kilku minutach wchodzę schodkami na górę. Dopiero teraz zauważam, że przestało padać. Dzięki Ci św. Jakubie! Znów jestem na właściwym szlaku. Choć ruch na autostradzie potężny, to aż korci, żeby zejść na dół i najkrótszą, gładką drogą jechać dalej. Z wysokiego wiaduktu dobrze widać okolicę. Jestem już blisko Bolesławca. Teren robi się trudny, mocno pagórkowaty.

Patrzę dalej na południe……. . Patrzę i widzę Krzyż! Wysoki, ogromny wyraźnie odcina się srebrnym kolorem na tle zielonych, zalesionych wzgórz. Patrzę i przypominam sobie słowa: „Ja Jestem Drogą i Prawdą i Życiem”(J14,6). I jeszcze, że „nie ma innej drogi jak przez krzyż”. Chwila modlitwy, zadumy i refleksji. Przypadek, czy Opatrzność. Mam o czym myśleć. Wyjmuję z plecaka przewodnik. Szukam w opisie – jest: „liczący sobie 20 metrów wysokości, Krzyż Milenijny”. Wzniesiony w 2000 roku przy autostradzie A4, widoczny również z okien pociągu wskazuje drogę podróżnym z Drezna czy Berlina do Wrocławia, ze Wschodu na Zachód, z Północy na Południe i w każdą stronę świata.



  Ruszam dalej. Przez Tomaszów i Kruszyn docieram do Bolesławca. O wpół do szóstej wieczorem jestem na Rynku i zaczynam się martwić o nocleg. Tutaj też chyba czuwa święty Jakub. Pierwszy telefon załatwia sprawę – jest miejsce. Do Lubania dziś już nie dotrę. To był i tak ciężki dzień. Muszę odpocząć, wysuszyć odzież i zadbać o rower cały pokryty błotem. Szybka kolacja na mieście i jazda na kwaterę, która okazuje się być całkiem blisko. Bardzo mili gospodarze przyjmują mnie serdecznie i gościnnie. Przebieram się, myję rower, smaruję wszystko, co piszczy, trzeszczy i skrzypi, biorę prysznic i walę się zmęczony do łóżka. Do wczorajszych 101 dziś dołożyłem 85 km. Jeszcze tylko rzut oka na mapę, kilka kartek w przewodniku, dziesiątek różańca, kamienny sen…
  Budzę się o piątej rano i radość! Choć termometr wskazuje tylko +7C - świeci słońce! To będzie dobry dzień! Mocna kawa, śniadanie i o 7-ej wyjazd. Najpierw jeszcze w Bolesławcu robię zdjęcia monumentalnego wiaduktu, który wspaniale się prezentuje w promieniach wschodzącego słońca. Jeszcze tylko pieczątka w przewodniku, jeszcze tylko chwila w Sanktuarium Wniebowzięte Matki Kościoła , jeszcze tylko rzut oka na Starówkę i kierunek Lubań… Nie! Ta droga prowadzi do Santiago! Jadę w dobrym tempie. Droga dobra, pogoda coraz lepsza, cel coraz bliżej. Mijam potężny cmentarz żołnierzy rosyjskich, którzy zginęli w bitwach z Napoleonem i tych, którzy ponieśli śmierć w II wojnie światowej. „Niech spoczywają w pokoju”.
Przez Mierzwin i Dzięcioły docieram do Nowogrodźca. Ogromna sylwetka kościoła św. Piotra i Pawła widoczna z daleka wskazuje drogę i intryguje bogactwem architektury, rzeźby i wystroju wnętrza. Równie okazałe jest otoczenie kościoła. Tutaj, jak i w wielu innych miejscach Drogi Jakubowej chciałoby się pobyć dłużej, poznać lepiej.
  Boczną, asfaltową drogą w dolinie Kwisy jadę do Lubania. Zupełny brak ruchu samochodów i piękno majowej przyrody – cóż za kontrast do wczorajszej mordęgi w deszczu i błocie.
Lubań – miasto, w którym spotyka się Droga Wielkopolska z Dolnośląską „Via Regia”. Odtąd szlak znakowany jest podwójnie. Chwila na jakiś posiłek, pobieżne zwiedzanie ciekawszych miejsc, trochę zdjęć i krótka wizyta u sióstr magdalenek. Tu miałem nocować, ale wczorajsza pogoda przeszkodziła. Cóż – może następnym razem?



  Jadę dalej. Przez Pisarzowice do Henrykowa. I znowu na horyzoncie pojawia się imponujący grzbiet Karkonoszy z wyraźnie widoczną Śnieżką. No, ale teraz cel jest inny. W Henrykowie stary, sięgający XIII wieku kościół św. Mikołaja i jeszcze starszy cis. Najstarsze drzewo w Polsce, a kto wie czy nie najstarsze w tej części Europy. Jego wiek jest oceniany na 1200, a może nawet 1500 lat. Okaleczone, nadszarpnięte zębem czasu, ale żywe i zielone. Wspaniałe!
  Sławnikowice, Gronów. Stare kościoły, krzyże pokutne, pałace i zagrody wiejskie inne niż
wcześniej. Łużyce to odrębna kraina historyczna i geograficzna. Kwisa, nad którą leży Lubań, niegdyś stanowiła granicę ze Śląskiem. Docieram do nowo budowanej autostrady łączącej Zgorzelec z A4 pod Bolesławcem. Drogę św. Jakuba poprowadzono nad nią szerokim na kilkadziesiąt metrów przejściem dla zwierząt. Już tam posadzono małe sadzonki drzew. Kiedyś wyrośnie z nich las. Ciekawe towarzystwo – zwierzęta i pielgrzymi – Stworzenia Boże!
  Ostatni etap przed Zgorzelcem – Jędrzychowice. Nazwa znana z wielu drogowskazów. Przejście graniczne do południowych landów Niemiec i dalej do Europy. Stary, zabytkowy kościół pw. Narodzenia NMP ma wyraźnie pielgrzymkowy charakter, na co wskazuje zarówno motyw muszli nad głównym wejściem, jak i krużganki w otoczeniu świątyni stanowiące niegdyś schronienie dla pielgrzymów. Proszę księdza proboszcza o jeden z ostatnich stempli w credencialu, co przeradza się w długą i ciekawą rozmowę. Kolejne miejsce, które zapadnie głęboko w moją pamięć.



Siadam na rower, ruszam i jestem w Zgorzelcu. Tu już nie patrzę na znaki. Tu wszystkie drogi prowadzą w dół do Mostu Staromiejskiego na Nysie. Za nim już Goerlitz i dalsza droga do Santiago i na koniec świata. Jest godzina 16-ta 12 maja 2009 roku. Na liczniku 270km.
Bogu Niech Będą Dzięki!!!
  Ostatnie już stemple w credencialu u św. Bonifacego, w Informacji Turystycznej i na początek dalszej drogi w Pilgerstation St. Peter und Paul Goerlitz.
  Mam jeszcze dwie godziny do pociągu ze Zgorzelca, którym będę wracał do domu. To bardzo mało, żeby coś zobaczyć w tak wspaniałym mieście, jakim jest Goerlitz. Robię mnóstwo zdjęć, staram się zapamiętać jak najwięcej. Pierwsze wrażenie, to szokująca różnica między charakterem i atmosferą polskiego Zgorzelca i niemieckiego Goerlitz. Aż nie chce się wierzyć, że niewiele ponad pół wieku temu te miasta stanowiły jeden organizm. To już jednak temat na zupełnie inną opowieść.

Daj Boże, bym mógł tu jeszcze wrócić!

Święty Jakubie prowadź ! Ultreia !!!

autor: Piotr Góralczyk

WIĘCEJ ZDJĘĆ W GALERII