Enduro Trophy – Świeradów Zdrój
Dodane przez thomson dnia 14 wrzesień 2010 17:52:21
Enduro Trophy to cykl zawodów rozgrywanych według bardzo ciekawej formuły. Trasa wyścigu nie jest długa, ale za to bardzo wymagająca technicznie. Składa się z odcinków specjalnych, na których mierzony jest czas przejazdu (zjazdowe i podjazdowe) oraz odcinków dojazdowych, na których w luźnej atmosferze zawodnicy przemieszczają się w kierunku startu kolejnego „OS-u”. Całość usytuowana jest oczywiście w pięknych, polskich górach.
Wraz ze znajomymi z Poznania postanowiłem wybrać się na ostatnią edycję tegorocznego Enduro Trophy do Świeradowa Zdroju, czyli w słynące ze świetnych terenów do jazdy Góry Izerskie... (czytaj więcej)
Rozszerzona zawartość newsa
Enduro Trophy to cykl zawodów rozgrywanych według bardzo ciekawej formuły. Trasa wyścigu nie jest długa, ale za to bardzo wymagająca technicznie. Składa się z odcinków specjalnych, na których mierzony jest czas przejazdu (zjazdowe i podjazdowe) oraz odcinków dojazdowych, na których w luźnej atmosferze zawodnicy przemieszczają się w kierunku startu kolejnego „OS-u”. Całość usytuowana jest oczywiście w pięknych, polskich górach.

Wraz ze znajomymi z Poznania postanowiłem wybrać się na ostatnią edycję tegorocznego Enduro Trophy do Świeradowa Zdroju, czyli w słynące ze świetnych terenów do jazdy Góry Izerskie.


Na miejscu zameldowaliśmy się w piątek późnym wieczorem. W pensjonacie, który był bazą zawodów była już duża grupa miłośników enduro. Część z nich przyjechała wcześniej i miała okazję zapoznać się z przebiegiem trasy. My mieliśmy jechać na żywioł.
W sobotę o godz. 9.00 zbiórka przy stacji kolejki gondolowej, gdzie miało miejsce oficjalne rozpoczęcie zawodów. Oczywiście regulamin zabrania korzystania z udogodnień typu wyciąg czy samochód terenowy, dlatego na szczyt góry, gdzie znajdował się start pierwszego OS-u trzeba było wdrapać się o własnych siłach. Lekko nie było.

Pogodę mieliśmy idealną, nie za ciepło, nie za zimno, ale przede wszystkim bez deszczu, co zdarzyło się chyba po raz pierwszy w tegorocznym cyklu ET.

OS pierwszy – zjazdowy.
Początek całkiem przyjemny, ale już po chwili okazuje się o co w tej imprezie chodzi. Kamienie, kamloty, kamole, kamerdolce i jeszcze trochę kamieni. Wszystko to na stosunkowo wąskiej ścieżce, miejscami o całkiem sporym nachyleniu. Staczam się praktycznie cały czas trzymając hamulce. Mniej więcej w połowie zaliczam klasyczne OTB, co chyba pomaga mi otrząsnąć się trochę z pierwszego szoku wywołanego trudnością trasy. Dalej jest już trochę równiej i jedzie mi się lepiej. Kilka bardzo przyjemnych zakrętów w lesie i jest meta. Chwila odpoczynku, wymiana wrażeń i ruszamy na dojazdówkę do drugiego OS-u. Długo i ciężko pod górę.

Helmetcam z OS-1 (jedzie Vonski) - Link



OS drugi – trawers, zaliczany do klasyfikacji podjazdowej.
Ło matko. Już na początku wąska ścieżka po korzeniach cały czas pod górę. Trzeba chyba mieć umiejętności trialowe żeby tędy w miarę sprawnie przejechać. Pcham i jestem już totalnie wykończony, a to dopiero początek. Dalej zaczyna się właściwy trawers z pięknymi widokami. Ścieżka jest bardzo trudna, znowu pełna sterczących skał, a dodatkowo cały czas pnie się delikatnie w górę. Zmęczenie nie pozwala cieszyć się jazdą. Docieram wreszcie na Stóg Izerski, ale mety nie widać. Strzałki prowadzą na stromy podjazd kamienistą drogą. Zlany potem podprowadzam. Turyści patrzą z politowaniem. Ostatni odcinek to ścieżka podobna do pokonanego trawersu, ale nieco szersza i co najważniejsze delikatnie nachylona w dół – wreszcie frajda z jazdy. Na mecie padam ze zmęczenia. Podobno był to najdłuższy OS w całej historii ET. Mi jego pokonanie zajęło aż 40 minut (z dwoma przerwami na tzw. podziwianie widoków czyli złapanie oddechu).

Os trzeci – zjazdowy.
Po krótkiej dojazdówce docieramy do startu trzeciego OS-u, gdzie zastajemy całkiem sporą grupkę zawodników. Większość ma duże oczy i zakłopotane miny, nikt nie kwapi się do jazdy. Faktycznie – OS zaczyna się bardzo stromą, ale krótką ścianką. W końcu po kolei ruszamy. Ścianka jak ścianka – do przejechania, ale na dole po prawej czai się zdradziecka mulda. Niby wiem żeby trzymać się lewej, a mimo to celuje prosto w muldę i zaliczam kolejne OTB. Ruszam dalej. Po około 200m zaczyna się prawdziwa rzeźnia. To już nie są kamienie czy kamloty, to po prostu skalne rumowisko. Na zjazdówce można by się puścić, ale na rowerze XC to raczej samobójstwo. Walczę jak mogę, miejscami sprowadzam. Zdecydowanie najtrudniejsza ścieżka jaką kiedykolwiek jechałem, a już na pewno na lekkim rowerze. Na szczęście jest kilka wypłaszczeń gdzie można puścić klamki.
Klimat OS-u dość dobrze oddaje ten oto filmik -


A tutaj cały przejazd (jedzie Matek1515) - Link

Przed dalszą trasą robimy przerwę na obiad, zjeżdżamy do miasta i w przyzwoitej restauracji posilamy się lokalnymi specjałami. Enduro Trophy to chyba jedyne zawody, gdzie tego typu akcje są zupełnie normalne. Objedzeni ruszamy na poszukiwania startu czwartego OS-u.

OS czwarty – podjazdowy.
Najmniej lubiana część zawodów. Dla większości zawodników na ciężkich rowerach enduro jest to po prostu etap pieszy. Niestety ja mimo znacznie lżejszego roweru również przynajmniej w 50% trasy daję z buta. Wychodzą oczywiście braki kondycyjne, ale pewnych miejsc i tak podjechać się nie da ze względu na luźne podłoże. Każdy kto dociera na metę sapie jak stary astmatyk. Na szczęście teraz już tylko w dół.

OS piąty – zjazdowy.
Start w bardzo fajnym miejscu. Po wejściu na skały można podziwiać konkretną panoramę, ale ja chce już zjechać na dół i wbić się pod prysznic. Zakładam ochraniacze i ruszam. Początek trudny – ścianka z kamieniami, potem całkiem płynny odcinek w lesie, ale z czasem znowu pojawiają się kamloty. O dziwo jak na taki hardcore jedzie mi się dobrze. Tylko raz wybieram złą linię, wjeżdżam w las i muszę się wrócić na ścieżkę. Poza tym żadnej gleby czy sprowadzania – chyba dopiero na koniec przyszło rozluźnienie i pewność siebie, której brakowało na wcześniejszych zjazdach.
Na mecie przyjmuję gratulacje ukończenia Enduro Trophy i udaję się do bazy.
Cały przejazd (jedzie Matek1515) - Link


OS szósty – afterparty.
Oj się działo. Najpierw rozdanie nagród za klasyfikację zjazdową, podjazdową i generalną, jak również za cały cykl Enduro Trophy 2010. Później impreza na całego. Tego również na innych zawodach nie znajdziecie. Niestety zmęczenie nas pokonuje i do mety szóstego OS-u nie wytrzymujemy. Chcąc następnego dnia jeszcze pojeździć po górach, idziemy spać.

Podsumowując – świetna nietypowa impreza, gdzie rywalizacja schodzi na drugi plan. Najważniejsza jest frajda z jazdy w trudnym terenie i spędzanie czasu w świetnej koleżeńskiej atmosferze. Niestety rower XC (nawet full) nie jest najlepszym rozwiązaniem na te zawody. Na zjazdach tęskniłem za moją zjazdówką, ale z drugiej strony nie chciałbym jej pchać pod górę. Do enduro trzeba mieć rower enduro, na innych też się da, ale frajda już nie ta.
Wynik uzyskałem mizerny więc nie ma o czym mówić, ale ostatni nie byłem i mam nadzieję, że w przyszłym roku będzie tylko lepiej.

tekst: thomson