Dawid Marosz podsumowuje sezon
Dodane przez thomson dnia 24 listopad 2012 22:26:24
Nasz czołowy zawodnik - Dawid Marosz postanowił podzielić się z nami wrażeniami ze wszystkich swoich startów w tym sezonie. Było tego naprawdę sporo więc będziemy je publikować w częściach. Dzisiaj część pierwsza :)

Podsumowanie sezonu 2012 czas zacząć. Mimo że nie było tego widać na łamach naszej strony, to wielu z nas może mieć powody do zadowolenia. Krótko mówiąc, medialnie tak sobie, ale sportowo co najmniej dobrze. Pozwolę sobie zatem na opisanie tego co się działo z perspektywy mojego siodełka :) Żeby nie zanudzić, zdecydowałem podzielić relację na kilka części. [czytaj więcej]
Rozszerzona zawartość newsa
Podsumowanie sezonu 2012 czas zacząć. Mimo że nie było tego widać na łamach naszej strony, to wielu z nas może mieć powody do zadowolenia. Krótko mówiąc, medialnie tak sobie, ale sportowo co najmniej dobrze. Pozwolę sobie zatem na opisanie tego co się działo z perspektywy mojego siodełka :) Żeby nie zanudzić, zdecydowałem podzielić relację na kilka części.

Na samym początku chciałbym podziękować koledze Tomkowi Wachowiakowi za motywację i wsparcie podczas zimowych przygotowań, dzięki czemu czas spędzony na siłowni płynął trochę szybciej. Godziny spędzone na trenażerze, które do tej pory wykańczały mnie psychicznie, stały się znośne dzięki internetowym relacjom z przełajowych cykli Pucharu Świata i Superprestige. Niestety do tej pory nie opanowałem nawet słowa po niderlandzku :)

26 lutego.
Pierwszy start, już niemal tradycyjnie, na terenie poznańskiego TKKF – Memoriał Marka i Zbyszka (była nawet relacja na stronie). Najbardziej w pamięć zapadło mi to, że bardzo dobrze radziłem sobie z pokonywaniem sekcji biegowych (schodów). Dowód na skuteczność zimowych sesji na bieżni. No i dobre, 3 miejsce w kategorii.



1 kwietnia.
W Gnieźnie 1 edycja tegorocznego XC Thule Cup, a dla mnie debiut w Ślężańskim Mnichu, w szosowym Challenge'u mastersów. Pogoda w Sobótce była nieco łaskawsza niż poprzedniego dnia w Dzierżoniowie, gdzie w roli kibica zawitałem na kryterium. Mówiąc łaskawsza, mam na myśli brak deszczu przechodzącego w padający niemal poziomo (tak wiało) śnieg. Z tego powodu wyścig elity skrócono o połowę. W każdym razie w Sobótce temperatura 3-5 stopni i wiatr, który powodował odczuwalną w okolicach zera.



Pierwsza runda dość spokojnie. Na początku drugiej na czele formuje się kilkuosobowa grupa. Udaje mi się w niej znaleźć. Tempo jest jednak dla mnie zbyt mocne. Końcówka podjazdu na początku trzeciej rundy – odpadam. Jeszcze próbuję się zebrać raz i drugi ale czuję odcięcie. Gonię jeszcze na zjeździe ale na płaskim dostaję niesprzyjający wiatr i nie mam szans w pojedynkę.



Teraz czekam aż wchłonie mnie druga grupa. Momentami wieje tak mocno, że jadę niewiele ponad 20 km/h. Z ciemnych chmur, które się pojawiły, zaczyna lekko... padać śnieg. Rozpoczynam długi podjazd przed ostatnią rundą.



Ostatnia runda to raczej oczekiwanie na finisz. Jest kilka ataków na długiej prostej pod wiatr, kilka kilometrów przed metą. Wszystkie skasowane, pilnujemy się. Finisz pod górę więc nie jestem bez szans. Są ataki. Wchodzę na koło bo wiem, że jeszcze za wcześnie. W końcu ruszam. Czuję, że ktoś przepycha się obok trącając mnie kierownicą w udo. Chyba mam za miękkie przełożenie ale nie ma już co zmieniać. Pierwszy na kresce o grubość szprychy, szkoda tylko, ze z drugiej grupy. Ostatnie
miejsce na podium w kategorii.

7 kwietnia.
Kolejny tradycyjny start na Torze Poznań. „Otwarcie sezonu” dla wielkopolskich mastersów. Jest ze mną (to też niemal tradycja) Radej Jaskulski. Wyścig absolutnie „nie dla mnie”. Ale gdy się nie ma co się lubi... Jest ekipa juniorów z Kalisza, która startuje razem z moją kategorią. Nadają tempo przez pierwszą część wyścigu. Później gdzieś się gubią :)



Próbuję paru skoków ale bez przekonania. Radek spokojnie, schowany w grupie. Gdyby była tu chociaż jedna górka... Ale jest tylko zakręt za zakrętem. I wiatr: raz z prawej, raz z lewej, raz z przodu, raz w plecy.



Wydaje mi się, że o zwycięstwie zadecyduje finisz z zasadniczej grupy. Jednak tuż przed wjazdem na ostatnie okrążenie, ucieka samotnie Artur Kozal. Ucieka skutecznie. Peleton walczy już tylko o drugie miejsce. Dojeżdżam gdzieś tam w środku. Muszę koniecznie popracować nad sprintami po płaskim :)



22 kwietnia.
Pierwszy start w najważniejszym dla naszego klubu cyklu, czyli Grand Prix Wielkopolski w Maratonach MTB. Przyjeżdżamy do Dolska prawie skoro świt. Przynajmniej nie czekamy w kolejce po numery – jest czas na drzemkę w aucie i małą kawę. Startować na MINI czy MEGA? Darek (Prezes) i Radek są już „osłabieni” moim dylematem. W tym sezonie skupiam się na szosie; wybieram mniejsze wyzwanie w MTB. Pojadę MINI. A może MEGA..? :) Ociepla się, można jechać na krótko. W końcu... Debiut nowej ramy. Jest ok, ale przerzutka nie działa jak należy.
Ostry start na polnej ścieżce, z przodu szaleją Albert Fokt, Bartek Kołodziejczyk i Bartek Bejm a ja grzebię przy manetce. W końcu udaje mi się dojść do ładu z przełożeniami, ale jestem w drugiej grupie. Gonimy ucieczkę przez kilka dobrych kilometrów. Jednak dystans zwiększa się. Widzę, że nie damy rady. Jedziemy swoje. Końcówka to lekki podjazd piaszczystą drogą. Tam atakuję i zdobywam niewielką przewagę. Już tylko zjazd asfaltem do mety, dwa zakręty i... Kolejne podium,
tym razem jestem drugi. Chociaż przyznam, że nie spodziewałem się takiej walki na MINI u Gogola.



28 kwietnia.
Weekend w Brodnicy i okolicach a konkretnie w Bobrowie. Bardzo lubię tu przyjeżdżać. Swoją drogą niektórzy z naszych klubowiczów pamiętają zapewne, jak „utknęliśmy” w tym mieście podczas jednego z wyjazdów na Skandię. Ale to już zupełnie inna historia :) Chociaż moja technika pozostawia jeszcze dużo do życzenia, to jakoś ciągnie mnie do kryteriów. Szczególnie do tego w Brodnicy. Pogoda świetna, aż za dobra jak dla mnie. Wszyscy jacyś tacy ospali niby, ale napięcie jest.



Staram się jechać uważnie i aktywnie. Delikatnie mówiąc, nie jestem urodzonym sprinterem, ale jakieś punkty udaje mi się uciułać na finiszach. Niestety jeden moment dekoncentracji mógł mnie drogo kosztować. Za duża prędkość plus złe złożenie w zakręt i pozostała tylko ucieczka na wąski chodnik i odbicie od ściany kamienicy tuż obok okna wystawowego. Najlepszy komentarz po wyścigu usłyszałem do kolegi z Brodnicy Łukasza Lewickiego: „Patrzę co robisz, a ty wjeżdżasz do rzeźnika”. Skończyło się na chwili strachu i drobnych otarciach. Ostatecznie 2 miejsce
(podobnie jak przed rokiem). Może kiedyś uda mi się wygrać ściganie wokół brodnickiego rynku.

29 kwietnia.
Bobrowo k/Brodnicy. Fajna trasa, lekko pofałdowana, z metą pod górę. Plan – jechać spokojnie w grupie. Tyle teoria. Chwilę po starcie jestem w pierwszej ucieczce dnia.



Goni nas może sześcioosobowa grupa. W miejscu na trasie, skąd widać długą prostą, patrzę co dzieje się z tyłu. Już nie ma zasadniczej grupy. Wszystko porwało się na wietrze. Dochodzi nas kilkuosobowa pogoń. Łapiemy się, ale tempo wzrasta. Na odcinku z bocznym wiatrem spadam z rantu. „Zawisłem” pomiędzy ucieczką a pogonią. Czekam na drugą grupę bo to w zasadzie początek wyścigu. Tutaj współpraca układa się dobrze. Tworzymy podwójny wachlarz, tempo solidne. Widać zaangażowanie, mało kto opuszcza zmianę. Ucieczka jednak cały czas z przodu,
chociaż nieco uszczuplona. Tak mi się przynajmniej wydaje, że kogoś doszliśmy. Tak bardzo skupiam się na zmianach, że nie kontaktuję momentami. Robi się coraz cieplej, prawie upalnie. Zaczynam odczuwać wczorajsze kryterium. Staram się nie myśleć, że niektórzy jadą na świeżo. Zbliżamy się do ostatniego podjazdu. Zaczyna się czarowanie.



Chcę atakować ale jestem zamknięty przy krawężniku. Na skuteczny atak jednak za wcześnie, bo mamy wiatr z przodu. Ci którzy skoczyli pierwsi, słabną w okamgnieniu. Idę po kole, jednego drugiego... Ostatni zakręt, już prawie płasko, w nogach ogień. Ktoś wychodzi mi zza pleców. Finiszuję jako drugi z grupy. Wystarcza na 2 miejsce w kategorii. Myślę, że zapowiada się naprawdę dobry sezon.
To tyle w części I.

tekst: Dawid Marosz