Skład 2015 - Mateusz Góralczyk
Dodane przez Rudy dnia 17 marzec 2015 22:52:43
Mateusz Góralczyk nie tylko bardzo ciekawie opisuje siebie, a także zahacza o historię klubu - bo nie chodzi tylko o ściganie.

Przygoda z rowerem zaczęła się jak u każdego od dzieciaka. Tym bardziej że zostałem „zarażony” rowerem od Ojca. Najpierw składak, komunijny BMX, a tak na poważnie pierwszy rower MTB to rok 95` wielkie emocje związane z zakupem, duże koła itp. (jak dziś pamiętam pierwszą jazdę – były to dwie szybkie rundy pod Kaponierą w Poznaniu)...[czytaj więcej]
Rozszerzona zawartość newsa
Przygoda z rowerem zaczęła się jak u każdego od dzieciaka. Tym bardziej że zostałem „zarażony” rowerem od Ojca. Najpierw składak, komunijny BMX, a tak na poważnie pierwszy rower MTB to rok 95` wielkie emocje związane z zakupem, duże koła itp. (jak dziś pamiętam pierwszą jazdę – były to dwie szybkie rundy pod Kaponierą w Poznaniu).




Od tamtego czasu wraz z Ojcem rozpoczęła się przygoda odkrywania świata na rowerze. Pierwsze wycieczki po okolicy. Z czasem tutaj było już nudno i pojawiły się dalsze wyjazdy. W roku 96` poznałem innych bikerów Gnieźnieńskich ( tutaj też fajne wspomnienia - w tamtych czasach gość jadący na rowerze w kasku był postrzegany jak ufo).




Pod koniec lat 90`powstał pierwszy zalążek klubu. Zawiązała się fajna ekipa rowerzystów z którą rok w rok wyjeżdżaliśmy na jeden z pierwszych maratonów MTB w kraju „Festiwal Rowerowy w Szklarskiej Porębie” wielkie trzy dniowe święto rowerowe. Ekipa startował, a ja nigdy nie brałem udziału w zawodach stwierdziłem że to nie dla mnie-niech ścigają się inni. W czasie gdy inni startowali ja wraz z Ojcem objeżdżałem całe góry Izerskie.




Tak jak wspomniałem nigdy nie startowałem w zawodach. Rower traktuje jako dobrą zabawę oraz coś co pozwala zwiedzić kawałek świata. Wraz z Ojca objechałem dobry kawałek naszego kraju, jak i krótkie wypady za granice - nie były to tylko przejechane kilometry ale przede wszystkim poznawanie ciekawych miejsc i odkrywanie historii. I tak na rowerze objechałem prawie całe Karkonosze, Wielkopolskę, Ziemię Lubuską, Pomorze Zachodnie, wyspę Wolin/Uznam, były i wypady do Zakopanego, Pomorze Środkowe, i sporo wycieczek jedno czy kilku dniowych które polegały na zapakowaniu się w pociąg przejechaniu z punktu A do B. (Czechy, Niemcy)




W latach późniejszych rozwijała się idea klubu powstała nazwa GKKG, sponsorzy, koszulki powstała moda na wyścigi, maratony co niektórzy klubowicze poszli w inne odłamy kolarstwa, jednak ja nie dałem się tym wszystkim zarazić.




Rower jest dla mnie czymś ważnym traktuje go jako dobrą zabawę i coś co pozwala się oderwać od codzienności załapać „świeży oddech” pomóc w poprawie formy i zdrowia.




W klubie jestem do dziś raczej jako ktoś kto pomaga jak i z chęci przynależności do grupy pasjonatów.
Wspomniałem że nie startuję jednak zdarzają mi się odstępstwa, ale to tylko w rodzimych wyścigach „Dębówiec” „Winter Race” tak na swoim podwórku jest inaczej warto czasem się pokazać i zasmakować atmosfery wyścigu, a wielkie ściganie zostawiam kolegom z klubu.

Pozdrawiam i do zobaczenia raczej na szlaku turystycznym niż wyścigu.

Jeżdżę dla siebie!!!