Strona główna| O Nas| Skład ekipy| Nasze starty| Forum| Galeria| Artykuły| Kontakt
Carrickatober - Ireland part II
Po dłuuuugiej przerwie spowodowanej chorobą i niespodziewaną wizytą w ojczyźnie, nadszedł czas kolejnego wypadu. No i wreszcie bo już nie mogłem patrzeć jak się rower w kuchni „marnuje”.

Gór tu w okolicy mnogo więc nie wiedziałem na co mam się zdecydować. Wybór padł na trzy bliźniacze szczyty: Raven’s Rock, Carrickatober i Burnt Rock – odpowiednio 318, 344 i 319m n.p.m. Położone w odległości około 5km od mojej chatki więc jakby powiedział mój szef: handy. Jak zwykle sprawdziłem co mnie czeka i naprędce wyliczyłem różnice wzniesień planowanej trasy. Ponad 400m w górę. PKP (tego skrótu nie będę rozwijał).

Dzień wcześniej zaopatrzyłem się w jedzonko na drogę, więc mogłem pospać dłużej. Z Polski przytachałem również pompkę do amorów. Ustawiłem dampera pod te swoje 65kg:) żywej wagi i oczekiwałem jutra.

Dobra. Wstaje. Uuu ciężko wstać, co to będzie dalej… Rzut oka przez okno i już wiem że wczorajsze prognozy zapowiadające pełne słońce można sobie o kant rozbić. Nic to. Wychodzę przed dom doświadczalnie sprawdzić temperaturę i już wiem że ciepło nie jest. Ubieram się, pakuję pierdołki do plecaka i w drogę.

Początkowe 5km to przeprawa przez miasto wzdłuż wijącej się bardzo ładnie rzeki: River Suir. Jako że pogoda kiepska (na szczęście nie pada!) odkładam strzelanie fotek na drogę powrotną licząc że pokaże się lampa.
Przelatuje przez bardzo wąski mostek ocierając się dosłownie kierownicą o karoserię auta jadącego z przeciwka.

Jestem u podnóża. No to zaczyna się. Mała z przodu i…. do przodu!
Parę wizyt w klubie fitness i przejażdżki na stacjonarnym rowerku robią swoje. Szału ni ma ale już się nie duszę jak podjeżdżam. To pozwala mi wierzyć że na wiosnę już się w miarę rozjeżdżę. Oby.

Widoczek


Jako że mam już siłę trzymać głowę w pionie, obserwuję otoczenie. Niestety oprócz braku słońca, nad zieloną wyspą wisi gęsta mgła, zostawiając widoczność na jakieś 500m. Upajanie widokami zostawiam zatem na bliżej nieokreśloną przyszłość.

Heavy fog



Dzień wcześniej założyłem że jeśli nachylenie terenu nie pozwoli mi podjechać nie będę podprowadzał tylko zsiądę z roweru i poczekam na unormowanie pulsu. Tak też robię.
Zdziwiony jestem o tyle że wcale nie potrzebuję aż tylu przystanków. Jest git.

W oddali moja wiocha



Po dobrej półtorej godzinie jestem pod szczytem. Niestety na dokładny wierzchołek nie jestem w stanie się dostać – teren prywatny. Podobna sprawa na pozostałych szczytach. Po kiego grzyba to ogrodzili pozostanie ich tajemnicą…
Na domiar złego główny szlak zastawiony jest przez dwa płoty. Na łeb dostali. Mógłbym to obejść ale mi się nie chcę.

..i wszystko w pompce..


Delikatna zmiana trasy i śmigam dalej. Z mapy wynika że od tej chwili będzie głównie w dół. No i chwała Bogu.
Aha, na podjazdach bardzo często korzystałem z blokady dampera. Muszę przyznać że to rozwiązanie nie jest głupie.

Dobra. Zapinam kurtalę, okulary na nos i hulaj dusza. Uprzedzę fakty: Zjazd miał około 7km.
Na początku dosyć łagodne opadanie, zdarza się że muszę czasem dokręcić. Po paru kilometrach wypadam zza zakrętu i normalnie kopara na ziemi. Prosto w dół! Ja mam tam zjechać? No ba. Po kilkudziesięciu metrach na liczniku 45km/h. Pedałów nie „dotykam”.
Jeszcze kawałek i dobijam do 55. Kamienie wielkości pięści latają mi koło głowy. No i pięknie… Do czasu! Jakieś 30 metrów przede mną zwalone drzewo. Szybka decyzja: drogi nie znam, sezon długi. Pierniczę. Hamuję. Wyciągam palce na klamki i w tym momencie prawa ręka zsuwa mi się za sprawą wspaniałego wynalazku jakim jest dual control. Super. Z braku czasu całe hamowanie wykonuję na przodzie.. Udało się.. Spociłem się bardziej niż na podjeździe.. W sumie to wina bardziej moja niźli shimano ale było nie było – zawiodły. Żeby było śmiesznie to oponki Scotta na zjazdach są okropne. Zero panowania. Lecą do wymiany.

Droga do Boga

Nie ma dymu bez ognia




Reszta zjazdu to średniej trudności teren na którym pomykam około 40-45km/h. Fajne zakręty powodują że mogę popracować nad balansem ciała. Pełen wrażeń i emocji kulam do miasta. Po drodze pykam „brakujące” zdjęcia i z pomocą banana docieram do domku.

Old Bridge

Suir River




Wypad udany. 40km z czego większość pod górę. Max 55km/h. Czas w siodle 3h.
Dzisiaj tak naprawdę doceniłem fulla. Na zjazdach wszystkie muchy miałem na zębach. Po prostu radość z jazdy. Na podjazdach po włączeniu blokady też nie jest źle. Opony jak już mówiłem do wymiany w najbliższym czasie. Dualowi Control daję jeszcze jedną szansę ( tylko dlatego że ewentualna wymiana będzie droga:))

Trzymajcie się i do następnego razu!!!

Komentarze
Bombell dnia 04 luty 2007 14:00:01
Ładne widoczki smiley
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.
Oceny
Dodawanie ocen dostępne tylko dla zalogowanych Użytkowników.

Proszę się zalogować lub zarejestrować, żeby móc dodawać oceny.

Świetne! Świetne! 33% [1 Głos]
Bardzo dobre Bardzo dobre 67% [2 Głosów]
Dobre Dobre 0% [Żadnych głosów]
Przeciętne Przeciętne 0% [Żadnych głosów]
Słabe Słabe 0% [Żadnych głosów]
22.10 - Dębówiec - Rajd
     REGULAMIN
     ZAPISY
   Najnowsze wątki na Forum
   Brak nowych Postów Gogol - Łopuchowo - 25/09/2016
   Brak nowych Postów Gogol - Stęszew 28 sierpnia 2016
   Brak nowych Postów Gogol - Czerwonak 21.08.2016
   Brak nowych Postów Gogol - Suchy Las 7.08
   Brak nowych Postów Gogol - Binguga 10.07
   Wspierają nas:
SPONSORZY


PATRONI MEDIALNI


PARTNERZY
>